Wczoraj, w Dniu Dziecka, tradycyjnie zebrał się Sejm Dziecięcy. Zwykle jest to fajne, radosne, budujące doświadczenie pokazujące, że w sejmie jednak może być normalnie i dające nadzieję na przyszłość; na to, że nowe pokolenie będzie lepsze, bardziej zgodne od obecnego. W tym roku, nie ma co kryć, coś poszło nie tak. Coś się zepsuło, choć może należałoby użyć bardziej dosadnego słowa. Ale to artykuł o dzieciach, więc niech już tak zostanie.
Tegoroczny Dzień Dziecka w sejmie to wybuch złości, nienawiści i pogardy. Padały słowa o dekomunizacji, żołnierzach wyklętych, „dyktaturze poprawności politycznej”, „islamskich ekstremistach sprowadzonych przez lewicową hołotę z Brukseli”, „ulicach [na zachodzie] przypominających stan wojenny”, katolicyzmie, postulatach nieograniczonego dostępu do broni, żeby obywatele mogli się bronić, wystąpieniu z UE, itp.
Nie ma co ukrywać, że wypowiadające się dzieci nie mają pojęcia o rzeczach, o których mówią. Powtarzają nie tylko słowa, ale i emocje wyrażane przez swoich rodziców. I to jest przerażające. Rośnie nam bowiem pokolenie bardzo podatne na wpływy innych, którym wmawia się określone idee, zamiast kazać im myśleć i obserwować świat, przed wyrobieniem sobie o nim opinii.
Nikt mi nie powie, że dzieci postulujące np. wyjście Polski z UE sprawdziły najpierw jak wyglądała Polska przed przystąpieniem do wspólnoty oraz co zostało zrobione tylko i wyłącznie dzięki dotacjom. Zresztą zapewne wielu z nich swobodnie przemieszcza się po Unii, ale wydaje im się to tak oczywiste i nie związane z obecnością w niej, że umyka uwadze. Nikt mi nie powie, że dzieci wiedzą – ale tak naprawdę wiedzą – co to komunizm i dekomunizacja i jakiej grupy osób ona dotyczy. Nikt mi nie wmówi, że te dzieci mają pojęcie o stanie wojennym. Samo porównanie wojska, które spaceruje po ulicach i broni obywateli przed potencjalnym i rzeczywistym niebezpieczeństwem do wojska „napieprzającego” w ludzi i ostrzeliwującego budynki, pokazuje totalną niewiedzę i stopień zmanipulowania. Pieśni pochwalne na temat historii katolicyzmu również wskazują na wyidealizowany i ograniczony światopogląd. O postulatach zgłaszanych przez dzieci dotyczących dostępu do broni w ogóle wolę się nie wypowiadać.
Tym co razi, tak totalnie razi, są jednak nie tylko same „argumenty”. To pogarda i brak szacunku dla innych ludzi. Kolejna rzecz wynoszona z domu. Pogarda dla dorosłych, reprezentujących (czy to się komuś podoba czy nie) UE zwanych „hołotą”. To pogarda dla ludzi związanych z „komunizmem”. Czy im ktoś powiedział, że to także pogarda dla ich dziadków czy pradziadków, którzy żyjąc w tamtym okresie korzystali z różnych udogodnień, choćby otrzymując mieszkania? Zresztą wielu z nich przeszło Polskę w Armii Berlinga, bo akurat na wschodzie się znaleźli. Przecież nie wszyscy byli żołnierzami wyklętymi. Tym dzieciom przydałyby się lekcje nie tylko z „politycznej poprawności”, ale w ogóle savoir vivre’u. Być może jednak nie jest głupim pomysłem zastąpienie w szkole przynajmniej jednej godziny religii – etyką.
