Poprawia się pogoda. Znowu zrobiło się ciepło, przyjemnie. W dodatku zbliża się weekend. Mamy więc wszystkie elementy potrzebne do aktywnego spędzenia czasu. Mogłabym wybrać się na wycieczkę do któregoś parku krajobrazowego, albo przynajmniej na grzyby. To nie, w ten weekend nie da rady. Plan ten mogłabym zrealizować w miniony weekend, ale wtedy padało. A jak będzie w przyszły? Kto to wie. Ja wiem póki co tylko tyle, że w ten nie dam rady. Jak pech to pech.
W sobotę i niedzielę obiecałam kumpeli pomoc w przeprowadzce i nie ma bata, nie zostawię jej na lodzie i się nie wymigam. Poza tym zmieniłam tabletki hormonalne i po prostu opadłam z sił. Dobrze, że mam pracę siedzącą (nie wierzę, że to piszę), bo przy bardziej aktywnej pewnie zaryłabym gdzieś nosem. Tragedia jakaś. Ciągle chce mi się spać. W dodatku ponoć etap aklimatyzacji muszę przeczekać, a później będzie już lepiej. Oby, bo ile można ciągnąć na kawie i red bullach?
A żeby nie było tak, że to tylko potencjalny pech, to jeszcze dołożę złamany obcas w moich ulubionych jesiennych botkach. To efekt problemów ze wstaniem rano, a później pędzenia do pracy na skróty, przez teren, który się nie nadaje do biegania w butach sportowych, a co dopiero na obcasach…
Niech się ten tydzień w końcu skończy…
