Od kilkunastu dni pojawiają się informacje o nowym koronawirusie z Chin. Co istotne, pojawiają się coraz częściej, bo jest coraz więcej zachorowań i coraz większe ryzyko rozprzestrzenienia się wirusa na cały świat.
Chiny starają się ograniczyć rozprzestrzenianie choroby. „Zamknęły” całe 11-milionowe miasto Wuhan, w którym pojawiła się choroba. Zabroniono wjazdu i wyjazdu z miasta oraz organizowania dużych zgromadzeń, mimo, że w Chinach trwa okres przednoworoczny, związany z odwiedzinami rodzin. Trochę przypomina to działania podejmowane podczas zapomnianych już dzisiaj wielkich epidemii…
Biorąc pod uwagę fakt, że na nowego wirusa nie ma „spersonalizowanego” lekarstwa, a jego pokrewne wirusy – SARS i MERS – zbierają wysokie śmiertelne żniwa, działania te są jak najbardziej uzasadnione. Chociaż pewnie znajdzie się wielu, którzy nie zastosują się do poleceń.
Niestety, ze względu na łatwość podróży i wielu pracowników chińskich pracujących poza granicami, wirus „był już widziany” w innych krajach – nie tylko azjatyckich, ale także w Australii i USA. Coraz więcej krajów wprowadza więc na lotniskach kontrole zdrowia osób przylatujących z Chin. Ze względu na dużą ilość pracowników i turystów stamtąd, zrobiła tak m.in. Serbia.
A co na to władze polskie? Zalecają śledzenie sytuacji przed wyjazdem. Serio? Przecież Polacy to taki naród, który uwielbia pchać się w kłopoty, więc ci co chcą jechać i tak pojadą, nawet z dziećmi. I jeśli się zarażą, to jedyna szansa, że nie zostaną stamtąd wypuszczeni, bo do kraju pewnie wjadą bez przeszkód. Podobnie jak ogromna ilość Chińczyków, którzy pracują także w mojej okolicy i podróżują bez żadnej kontroli. A może należałoby iść w ślady Serbii, bo skoro brakuje nam lekarzy na „standardowe” leczenie, to tym bardziej nie możemy sobie pozwolić na żadne „nadprogramowe epidemie”.
To taka garść przemyśleń w związku z nowym choróbskiem panoszącym się po świecie. Oby znikło równie nagle jak się pojawiło…
Dużo zdrowia i radości Wam życzę 🙂 I miłego, słonecznego choć rześkiego dnia.
